Fragment

CZERWONA CEGŁA CZARNA ZIEMIA

Fragment powieści

Rozdział 1 — Koleiny


Szliśmy, proszę pana. Ostatnie kilometry. Nogi same niosły, bo głowa już dawno przestała dyktować rytm. Zresztą, co tu dyktować, kiedy koleina jest jedna, a po bokach rowy. Za nami została stacja, została rampa, został ten piekielny żelazny zgrzyt hamulców pociągu, który wypluł nas na ten obcy peron dobrą godzinę temu. Ten dźwięk wciąż dzwonił w uszach jak sygnaturka. Ale to już była przeszłość. Pociąg pojechał het na zachód, głębiej w te obce ziemie, a my zostaliśmy z drogą. Z tą jedną, prostą jak strzelił, nieubłaganą jak wyrok.
Teraz świat skurczył się do turkotu kół naszego wozu. Drewniane obręcze biły o trakt miarowo, tępo, jakby jakiś niewidzialny sędzia odliczał metry do końca. Nasza tułaczka trwała już tygodnie – najpierw w bydlęcych wagonach, w zaduchu i ścisku, gdzie człowiek tracił rachubę dni i nocy, gdzie dziecko płakało bezgłośnie, bo już nie miało sił na krzyk. Potem była ta rampa, ten chaos, te wojskowe polecenia wykrzykiwane po polsku, ale jakoś tak obco, jakby sam język stracił ojczyznę. A teraz tutaj, na własnych nogach, na własnych wozach, ciągnąc własne życie na drewnianych kołach. I choć człowiek cieszył się, że już nie trzęsie na torach, to te ostatnie kroki do nieznanego celu ważyły najwięcej. Bo tam w wagonie, jeszcze można było wierzyć, że to sen, że człowiek zaraz się obudzi. A teraz, z każdym skrzypnięciem osi, rzeczywistość wgryzała się coraz głębiej w resztki dawnych złudzeń.
Nasz wóz ciągnęła Baśka. Stara kobyła z tamtych stron, z naszych stron. Łeb miała spuszczony nisko, prawie do samej ziemi, jakby w niej szukała odpowiedzi na to nasze tułactwo. Albo jakby węszyła drogę powrotną, jakby szukała tego śladu zapachowego, który już dawno wywiał wiatr. Sierść miała matową od pyłu, szorstką jak ściernisko, i te swoje mądre wilgotne oczy, w których – przysiągłbym – odbijało się całe nasze nieszczęście. Zwierzę, widzi pan, czuje mocniej. Człowiek się oszuka nadzieją, modlitwą, słowem, że: „Będzie lepiej, że jakoś to będzie”. A koń? Koń wie. Koń czuje prawdę kopytami, nozdrzami, każdym włosem na grzbiecie.
Pamiętam, jak ojciec ją kupował. Jeszcze przed wojną było, na targu w Buczaczu. Młoda kobyła, może dwuletnia, kasztanka jak ogień ruda. Handlarz trzymał ją za kantar, a ona rżała, grzebała nogą, niecierpliwa do życia. Ojciec obszedł ją, zajrzał w zęby, obmacał pęciny, pochylił się, sprawdził kopyta.
– Dobra – powiedział tylko, splunął na dłoń i przybił handlarzowi rękę. Dopiero potem wyciągnął pieniądze.
I od tamtej pory Baśka była w rodzinie. Orała, woziła, rodziła źrebaki, które ojciec sprzedawał z ciężkim sercem. A teraz, stara już, z siwym pyskiem, ciągnęła nas w nieznane. Ostatnia służba.
Obok, przywiązana sznurkiem do burty, człapała krowa. Ostatnia co nam ostała. Ryczała co jakiś czas, bo wymiona miała pełne, twarde jak kamienie, a doić nie było jak. Ani czasu na to nie było, ani siły, ani miejsca przy drodze. Ten ryk niósł się po płaskim obcym polu i wracał do nas echem, ale jakimś takim pustym, głuchym. Jakby ta ziemia nie umiała jeszcze odpowiadać na nasze wołanie. Jakby była głucha na nasz język, na nasze cierpienie. Ona tam mówiła po niemiecku, ta ziemia. A my? My mówiliśmy po naszemu, no… jakby to rzec – po ludzkiemu, po chłopskiemu – ale ona nas nie słuchała.
Trzy krowy mieliśmy. Trzy. Ruda, Malina i ta, co teraz szła przy wozie – Wróbla, tak na nią wołaliśmy, bo małe oko miała, czujne. Rudą zabrali jeszcze w Buczaczu, na stacji.
– Nie zmieści się – wydali wyrok kolejarze. – Tylko jedna na rodzinę. Wagon nie z gumy.
Jak tu, proszę pana, wybierać między krowami? To jak wybierać między dziećmi. Ale wybrać kazali. Ojciec stał, milczał, wreszcie wskazał Rudą. Była najstarsza, może by nie przeżyła transportu. Została na rampie. A Malinę oddaliśmy sąsiadce, tej Szymczakowej, co swojego bydlęcia nie miała, za miskę kartofli i bochenek chleba.
– Ignac, dość – warknął wtedy na mnie ojciec, bo płakałem jak głupi, ukrywszy twarz w sierści Maliny. Ale sam też oczy miał mokre…
– Daleko jeszcze? – wyrwała mnie z tych myśli matka.
Siedziała na wozie, wysoko, na tobołach i posażnej skrzyni narzuconej końską derką. Skulona była, zgarbiona, jakby wiozła w sobie taki chłód, którego nawet to nielitościwe lipcowe słońce nie potrafiło roztopić. Na kolanach trzymała obraz owinięty w lnianą szmatę. Matkę Boską Częstochowską. Kurczowo Ją trzymała, aż jej kłykcie zbielały. Mówiła, że póki Matka Boska jedzie, to i my jedziemy. Że to nie koła nas toczą, ale Łaska. Obraz dostała w posagu, od swojej matki, a ta od swojej. Wisiał w izbie nad łóżkiem, w kącie przy piecu. Ile razy go widziałem? Tysiące razów. I zawsze wydawał mi się takim zwykłym, codziennym jak garnek, jak łyżka. Dopiero teraz, owinięty w szmatę, trzymany na kolanach, nabrał znaczenia. Był kawałkiem domu. Jedynym, który nam ostał.
Ojciec szedł przy lejcach. Pierwszy szedł – jak kapitan tego lądowego okrętu. Chodaki miał białe od kurzu, twarz pociętą bruzdami, w których zbierał się pot i pył. Na nogach był od świtu, kiedy komenda kazała opuścić wagony. Potem czekanie, formowanie kolumny, ten cały rozgardiasz… I dopiero teraz, może w samo południe, może wcześniej, ruszyliśmy w drogę.
A ja? Ja, Ignac, człapałem z tyłu. Szesnaście wiosen, proszę pana. Taki wiek, że człowiek już nie dziecko, ale jeszcze nie chłop. W sam raz, żeby rozumieć za dużo, a móc za mało. W sam raz, żeby widzieć, jak ojcu drżą ręce, choć udaje twardego, i jak matka patrzy w pustkę. Szesnaście lat to taki czas, że powinno się ganiać za dziewuchami albo myśleć o nowym kaftanie, a nie patrzeć, jak świat się kończy i zaczyna na nowo. Ale patrzyłem. Bo co innego miałem robić?
Słońce wisiało wysoko, jak wyrok. Drzewa przy drodze – stare, rosochate – choć stały w szpalerze, cienia dawały tyle co na lekarstwo, bo słońce stało w samym zenicie i biło prosto w karki. Cień chował się pod wozem, uciekał w bruzdy, jakby się wstydził. Po bokach ciągnęły się płaskie pola, a het za nimi, w oddali, majaczyła ciemna ściana lasu. Ale nie był to nasz las, proszę pana – wesoły, prześwietlony słońcem. Ten tutaj był gęsty, mroczny, stał tam hen, nieruchomo jak czarne wojsko pilnujące horyzontu. A przed nami ten obcy świat otwierał się szeroki, niezmierzony, że aż wzrok w nim ginął.
– Widać już kominy – rzucił ojciec w stronę matki, a wiatr przyniósł te słowa do mnie. – I wieżę widać.
Spojrzałem przed siebie, mrużąc oczy od blasku. Z tej równiny, zza tych pól i kęp drzew, zaczęły wyrastać dachy.
Człowiekowi nagle brakło powietrza, jakby przed otwartym piecem stanął. Jakież to były dachy. Czerwone. Ostre. Wyglądały jak świeże rany na ciele nieba. Jak plamy krwi, co nie chcą zaschnąć. Dziwny to był widok, obcy, groźny. U nas strzechy zlewały się z ziemią, były miękkie, omszałe, przyjazne jak stara czapka. Strzecha oddychała razem z domem, zimą parowała, latem pachniała nagrzanym zbożem. Strzecha była częścią natury, przedłużeniem łąki, nieba, lasu. A tu? Sterczały te dachy dumnie, jakby chciały niebo przebić, jakby chciały być widziane z daleka, pamiętane, nieprzemijające. Były z dachówki, z tej ceramiki wypalanej w piecu, twardej jak kamień, czerwonej jak pożar.
To są teraz nasze domy – pomyślałem wtedy. I dziwne uczucie mnie ścisnęło. Radość zmieszana ze strachem, nadzieja zmieszana z obrzydzeniem. Bo przecież cieszył się człowiek, że będzie dach nad głową, że nie trzeba będzie spać pod gwiazdami, pod derką. Ale jednocześnie…, jednocześnie te dachy były obce. Były piętnem, wyrokiem, końcem.
Dziadek siedział z tyłu wozu ze zwieszonymi nogami, machał w rytm jazdy, jakby wybijał takt jakiejś zapomnianej piosenki. W sękatych dłoniach ściskał swój kij, jedyne oparcie w tym chwiejnym świecie. Kij wyciął sobie sam, jeszcze w lesie koło Puźnik, z dzikiej jabłoni. Wygładzony latami od dotykania, od opierania, miał kształt ręki dziadka, był przedłużeniem jego ciała.
Mijaliśmy drogowskaz.
– R-a-t-t-w-i-t-z – przeliterował powoli dziadek, z trudem składając gotyckie litery. Splunął w pył. – Kamienne jakieś to słowo. Twarde. W gębie się nie układa, zęby można połamać.
– Każą nam gadać z niemiecka, Józuś? – zapytała matka strwożona.
– Nie – odrzekł ojciec, nie odwracając głowy. – To teraz Polska. Nowa Polska.
– Aha… – mruknęła.
Ale w tym jej „Aha” była wątpliwość wielka. Bo jak to, proszę pana, Polska, skoro wszystko niemieckie? Skoro napisy niemieckie, domy niemieckie, drzewa niemieckie, nawet powietrze jakieś niemieckie?
Wjechaliśmy na bruk.
I nagle wszystko się zmieniło. Koła przestały turkotać, zaczęły dudnić. Łoskot był taki, że aż ptaki zrywały się z drzew z panicznym krzykiem, że krowa szarpnęła postronek, że Baśka parsknęła przestraszona. Mury domów odbijały ten hałas, potęgowały go, rzucały w niebo i z powrotem, aż powietrze drżało.
A te drzewa… Lipy to były chyba, ale nie takie jak u nas – dumne i szumiące. Te tutaj były sadzone równo, w odstępach co do centymetra, jak wojsko na paradzie. Każda korona przycięta, każda gałąź na swoim miejscu, żaden konar nie odważył się wyrosnąć ponad miarę. U nas drzewo rosło tam, gdzie spadło nasiono, gdzie wiatr zaniósł, gdzie Pan Bóg chciał. I rosło, jak chciało – krzywo, wysoko, bujnie, w swoją stronę. Tutaj drzewo rosło tam, gdzie pozwolił Niemiec. Gdzie wskazał palcem, gdzie zaplanował linijką na papierze. Ten ład nas onieśmielał. Baliśmy się głośniej odezwać, baliśmy się splunąć, żeby nie pobrudzić tej ich inżynierii, tego ich nieludzkiego porządku.
Przypomniałem sobie nasze lipy, te przy drodze do kościoła. Stare były, grube w pniu jak chałupa. Dziuple miały, gałęzie połamane przez burze, korę postrzępioną. Ale żyły. Latem szumiały tak, że człowiek przysypiał w ich cieniu, zimą trzeszczały na mrozie jak dziady przy ogniu. A tutaj? Tutaj drzewa milczały. Stały jak manekiny, jak kukły. Żywe-martwe.
Obejrzałem się. Za nami ciągnęły inne wozy. Sąsiedzi. Ludzie z Puźnik, z Buczacza, z tych wszystkich miejsc, których nazwy teraz więzły w gardle jak ość. Sznur wozów, skrzypienie osi, płacz dziecka gdzieś na końcu kolumny i ten nieustanny rytmiczny stukot kopyt o granitowe kamienie. Wyglądaliśmy jak procesja. Tylko że zamiast chorągwi sterczały nad nami trzonki grabi, a zamiast pieśni niosło się nad nami gęste, lepkie milczenie. Każdy wiózł swój strach i swoje pamiętanie. Każdy wiózł tyle, ile udźwignął. Jeden wiózł obraz, drugi – garnki, trzeci – tylko siebie.
Domy stały zachłannie tuż przy drodze, jakby wyszły człowiekowi naprzeciw. Murowane, niektóre piętrowe, solidne, z tej czerwonej cegły, która w słońcu nabierała niemal purpurowej barwy. W oknach wisiały białe, sztywno wykrochmalone firanki, w skrzynkach pod parapetami czerwieniły się pelargonie, przy płotach rosły floksy. Wszystko równo, porządnie, jak od linijki. Ani chwastu, ani przewróconej deski, ani jednego śladu, że świat dopiero co przewalił się tędy z wojną. I właśnie ten porządek niepokoił mnie najbardziej. Bo człowiek, proszę pana, kiedy widzi spalony dom, od razu wie, że wydarzyło się nieszczęście. Zwęglona belka nie udaje niczego. Dziura po pocisku też mówi prawdę. Ale tutaj wszystko wyglądało tak, jakby gospodarz wyszedł tylko na chwilę. Jakby zaraz miał wrócić z pola, oprzeć grabie o ścianę, otrzepać buty przed progiem i zapytać, czego obcy ludzie szukają na jego podwórzu.
Patrzyliśmy więc na te gospodarstwa chciwie i lękliwie zarazem.
„Dostaniecie całe gospodarstwo” – mówili nam. „Dom, ziemię, inwentarz”.
Brzmiało to wcześniej jak obietnica. Jakby ten dom, ziemia i całe gospodarstwo miały być zapłatą za tamten zostawiony świat. Tylko czy za dom można dać inny dom, za pole inne pole…
Za zabitych ludzi nie ma czym zapłacić.
Patrząc na te mury, po raz pierwszy pomyślałem, że cudzy dom nie jest żadnym prezentem.
Jest zobowiązaniem.
Bo skoro w oknie wisi jeszcze czyjaś firanka, w ogródku kwitną czyjeś floksy, a na drzwiach zostały ślady po czyjejś dłoni, to człowiek nie wchodzi przecież do pustego domu. Wchodzi w przerwane życie.
I trzeba je potem jakoś unieść.
Razem ze swoim.


Chcesz poznać dalszą historię?

Dalszy ciąg w powieści „CZERWONA CEGŁA CZARNA ZIEMIA”.